Skup butelek w czasach PRL

Absurdy i problemy w świecie niedoborów, czyli o losach opakowań szklanych w PRL-u.

Dwudziestolecie międzywojenne
Wtórne wykorzystywanie butelek w przemyśle spożywczym całkiem dobrze funkcjonowało pod koniec XIX i na początku XX wieku w Królestwie Polskim, będącym wówczas częścią Imperium Rosyjskiego. Korzystanie z wtórnych opakowań szklanych było na tyle ważnym elementem gospodarki, że również w II Rzeczypospolitej znajdowało się wiele, prowadzonych m.in. przez różne organizacje społeczne, wolnorynkowych punktów skupu tego typu surowców wtórnych.

Co więcej,

30 marca 1934 roku ogłoszono zarządzenie Ministerstwa Skarbu nakładające obowiązek przyjmowania przez detalicznych sprzedawców butelek zwrotnych od klientów

(wcześniej handlarze ci nie byli do tego zobligowani).

Jakby tego było mało, detaliści mieli też dostarczać używane butelki do hurtowni monopolowych, które z kolei przekazywały je docelowo do Państwowego Monopolu Spirytusowego. W realiach II RP – rozwijającego się liberalizmu gospodarczego i braku świadomości ekologicznej – rozwiązanie to uznawano za radykalne, a nawet szkodliwe pod względem ekonomicznym i społecznym. Np.

przedstawiciele związku hut szkła próbowali wykazać, że zamiast punktów skupu winny powstawać nowe huty, co miało pobudzić gospodarkę, zmniejszyć bezrobocie i wzbogacić Skarb Państwa.

Co ciekawe, w krytyce tej stawiano za wzór przepisy obowiązujące w innych krajach – Stanach Zjednoczonych, Niemczech i Czechosłowacji – gdzie handel butelkami zwrotnymi był wówczas zabroniony i karany! Wyśmiewano także skądinąd kuriozalny argument zwolenników obrotu butelkami zwrotnymi, jakoby wtórne butelki były znacznie trwalsze i bardziej wytrzymałe od nowych, gdyż zdążyły się już sprawdzić w obiegu handlowym. Wskazywano też, iż butelki po trunkach mogą przez jakiś czas służyć w gospodarstwach domowych do przechowywania różnych związków chemicznych, np. olejów czy kwasów, a dopiero później trafić do punktu skupu lub hurtowni jako wtórne opakowania szklane – co oczywiście miało potem zły wpływ na jakość danego trunku i zdrowie potencjalnego konsumenta.

Butelkowy problem PRL (i nie tylko)
Z podobnym problemem borykano się też w okresie Polski Ludowej, kiedy to butelki zwrotne i słoiki stanowiły znaczącą część wykorzystywanych opakowań szklanych na alkohole i inne produkty spożywcze.

W latach 50. XX wieku butelki zwrotne stanowiły bowiem 80% wszystkich butelek w Polsce, a przy zakupie wódki i spirytusu obowiązywał klientów przymus zdawania pustych butelek.

700_pap_19780301_00P_Fot_PAP_Tadeusz_Drankowski.jpg

W wielu dostępnych źródłach historycznych, m.in. w prasie z epoki, a także w zachowanej dokumentacji z licznych wizytacji, inspekcji i kontroli zakładów monopolowych, spółdzielni spożywców czy sklepów, jak również w wewnętrznych raportach, planach, sprawozdaniach i protokołach pochodzących z tychże zakładów, można znaleźć długą listę wymienianych tam uchybień, zagrożeń, niedoborów i usterek.

Przede wszystkich bardzo często zdarzały się butelki brudne, niedomyte wcześniej w zakładach monopolowych i browarach. Podobnie jak w okresie międzywojennym, tak i wtenczas ludzie trzymali w pustych butelkach różne substancje, w tym ewidentnie szkodliwe dla zdrowia, takie jak nafta, benzyna czy rozpuszczalniki i dopiero po jakimś czasie oddawali je do sklepu lub punktu skupu. Ówczesne zakłady monopolowe i browary nie miały zaś odpowiednich nowoczesnych maszyn do mycia przyjmowanych butelek, praktycznie bowiem przez całą dekadę lat 50. XX wieku butelki myto w zakładach ręcznie i niedokładnie. Nabywane w sklepach trunki bywały więc zanieczyszczone różnymi, w tym szkodliwymi cieczami.

Jako skrajny przykład niechlujnego traktowania butelek zwrotnych może tu służyć nagłośniona przez „Sztandar Ludu” (dziennik Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Lublinie) w numerze z 4 września 1952 roku sytuacja, kiedy

kontroler z Lubelskiej Spółdzielni Spożywców przyniósł do redakcji tego pisma znalezioną na półce sklepowej butelkę wódki z zakonserwowanym w niej dużym pająkiem i gęstą pajęczyną – co w tekście bezpardonowo wyśmiano jako „pomoc naukową” z dziedziny biologii i wkład Centralnego Zarządu Przemysłu Spirytusowego w „edukowanie” społeczeństwa.

Dopiero od lat 60. XX wieku zaczęto wdrażać mechanizację mycia butelek zwrotnych. Niemniej jednak sprawozdania z wielu kontroli i wizytacji sklepów monopolowych praktycznie do końca okresu PRL-u wskazują na brudne butelki, źle przylepione i odklejające się etykiety, zawiesiny w trunkach oraz zepsuty smak i niekorzystny aromat danego napoju alkoholowego.

Gospodarka PRL-u mierzyła się też z ciągłym problemem niedoborów butelek, kapsli, nakrętek itp. Warto też dodać, że czasem huty szkła musiały niektóre surowce do produkcji opakowań szklanych (np. chlorek cyny, tlenek glinu) kupować za dewizy, co w czasach PRL-u było raczej napiętnowane. Sporym problemem związanym ze skupem butelek zwrotnych był też niedobór, a często zupełny brak, plastikowych skrzynek na butelki, tzw. kratówek. Deficyt ten skutkował nawet nieprzyjmowaniem pustych butelek w sklepach i punktach skupu, a liczne osoby stojące w kolejce z siatkami pełnymi opakowań szklanych odchodziły wtedy z kwitkiem – o czym informowało np. w czerwcu 1989 roku „Słowo Ludu” w tekście pt. Tylko potłuc się i pociąć. Należy też dodać, że „kratówki” bywały często wykupywane i wykradane przez rzemieślników, którzy następnie przetapiali otrzymany w tej formie plastik na zabawki.

700_pap_19810727_02E_Fot_PAP_Zbigniew_Nowak_tekst.jpg

Warto na marginesie wspomnieć, że do początku lat 60. butelki dostępne w PRL-u lakowano i korkowano, a dopiero od 1962 r. zaczęto importować kapsle z zagranicy (przypomnijmy wynalezione już pod koniec XIX wieku w USA). Nie trwało to jednak długo, gdyż od końca lat 60. kapsle zaczęto produkować w Polsce – były one złej jakości i wykonane z kiepskiej blachy – w wielu relacjach z epoki dowiadujemy się bowiem o poranionych palcach barmanek i kelnerek otwierających szpikulcami butelki z tandetnymi krajowymi kapslami. Na domiar złego takie kapsle nie zamykały butelek szczelnie i bywało, że po wspomnianych „krwawych” perturbacjach z otwieraniem butelki „delektowano” się następnie zwietrzałym trunkiem.

Skupy butelek
W kontekście wspomnianych braków i niedoborów wykorzystanie wtórnych opakowań szklanych w PRL-u było dość ważnym elementem przemysłu monopolowego i ogólnie rzecz ujmując – spożywczego. W związku z tym butelki, słoiki, a nawet szklanki skupowano w licznych punktach skupu oraz w wielu sklepach spożywczych i w większości sklepów samoobsługowych, czyli w samach oraz super- i megasamach. Informacje o punktach skupu pojawiały się w prasie regionalnej, przygotowywano nawet kupony konkursowe dla oddających makulaturę czy zwrotne opakowania szklane. Jednakże funkcjonowanie tych miejsc skupu pozostawiało wiele do życzenia, w codziennej praktyce często bywało, że obładowani pustymi butelkami klienci zastawali nieczynne punkty skupu, m.in. z powodów przeciągających się remanentów czy wspomnianych już braków skrzynek do transportu butelek. „Jedna z klientek odwiedziła wczoraj redakcję z siatką pełną butelek. Odwiedziła trzy punkty. Wszystkie były zamknięte. Spotkało ją to już nie pierwszy raz.” – przykładowo donosiło „Echo Dnia” w numerze z 18 czerwca 1975 roku.

700_slowo_ludu.png

Z reguły przyjmowane w skupie butelki winny być wcześniej wymyte i wytarte. Pojawiały się jednak dodatkowe komplikacje. Bywało, że w punkcie skupowano tylko wybrane opakowania szklane – np.

w jednym punkcie skupu w Warszawie przyjmowano butelki po winie o poj. 0,75 litra, ale już nie przyjmowano tych o poj. 0,7 litra. Z kolei w samie w Gorzowie Wielkopolskim przyjmowano tylko butelki z etykietami, a po kilku dniach w tym samym sklepie tylko… butelki bez etykiet.

Pamiętajmy, że w tamtych czasach praktycznie nie można było tego wcześniej sprawdzić, w związku z czym ludzie wędrowali z torbami pełnymi pustych butelek i słoików, stali w kolejkach itd. Często szczegółowe informacje dotyczące skupowanych opakowań szklanych (w sklepach i w skupach) podawano tylko na kartkach przylepionych do witryn sklepowych. W latach 80. XX wieku w jednym z wrocławskich sklepów informowano, że przyjmuje się w nim tylko butelki znajdujące się w sklepie, a z innymi odsyłano do dokładnie wskazanego punktu skupu. Znany jest też przypadek sklepu, gdzie przyjmowano butelki po soku, ale już nie przyjmowano… identycznych butelek po piwie. Sprytni klienci kombinowali więc na różne sposoby, by jednak sprzedać butelkę po piwie, próbując zneutralizować resztki piwnego aromatu, co nie zawsze się udawało, gdyż czujne ekspedientki wąchały przynoszone butelki. W innych sklepach w późnych latach 80. przyjmowano tylko butelki „na wymianę” lub z potwierdzeniem wcześniejszego opłacenia kaucji.

Istnym kuriozum związanym ze skupem opakowań szklanych były niekiedy wyższe ceny pustych opakowań niż pełnych.

Skrajnym przykładem takiej sytuacji była tzw. afera słoikowa dotycząca grupy „prywaciarzy”, którzy w latach 60. XX wieku wykupywali ze sklepów całe dostawy dżemu, by następnie sprzedawać puste słoiki z ogromnym zyskiem w punktach skupu (według niektórych źródeł nadmiar dżemu wyrzucali zaś do kanalizacji). „Przestępcy” zostali osądzeni i skazani, ale informacje o tym incydencie obnażającym absurd gospodarki planowej były bardzo pilnie strzeżone przez cenzurę.

Zdumiewała też rozpiętość cenowa skupowanych butelek. W Polsce Ludowej dominowały dwa rodzaje butelek – brązowa i zielona. W latach 80. ceny butelek zielonych znacząco wzrosły – początkowo płacono za nie 5, a potem aż 90 złotych. W czasie kryzysu w końcówce PRL-u skupowanie butelek zaczęło być kompletnie nieopłacalne, np. w sprawozdaniu CZSS „Społem” podkreślano, że do każdej butelki zwrotnej spółdzielnia dopłacała 12 zł.  

***

Te i wiele innych sytuacji związanych z fragmentem rzeczywistości PRL-u, jakim był skup butelek wydaje się być może dzisiaj komicznych, natomiast dla zwykłych obywateli żyjących w tamtym okresie dziejowym i wiążących jakoś koniec z końcem w poszukiwaniu dóbr była to jednak rzeczywistość pełna ponurego absurdu, z którym zmagano się na co dzień. Z kolei w peerelowskich środkach masowego przekazu niestrudzenie propagowano skupowanie butelek oraz innych surowców wtórnych, piętnowano też złe funkcjonowanie systemu skupu oraz postulowano podejmowanie działań naprawczych, bowiem „butelkowej kołomyjce należy wreszcie położyć kres!” – jak głoszono w cytowanym już dzienniku „Echo Dnia” z czerwca 1975 roku. Niestety okazało się to syzyfową pracą – w realiach najweselszego baraku obozu socjalistycznego absurdalne problemy związane ze skupem opakowań szklanych do końca epoki miały się dobrze.

 

Michał Zgutka, absolwent Wydziału Historycznego UW, redaktor, wydawca. W wolnych chwilach  miłośnik piwa – trapistów belgijskich i innych odmian typu ale.

17 września 2019 Birofilia.org